31 lipca 2011

Stosik lipcowy - numer siedem.

Zaprzyjaźniłam się z Bloggerem, może jeszcze nie poznałam wszystkim jego możliwości, ale jest dobrze. ;)

W lipcu kilka paczuszek do mnie dotarło, z czego jestem bardzo zadowolona. Także miałam okazję zająć trzecie miejsce w konkursie na recenzję tygodnia organizowanym przez portal nakanapie.pl. Wygrałam darmową przesyłkę w Księgarni Kumiko. Oczywiście już z nagrody skorzystałam i w przyszłym tygodniu mam nadzieję, że dotrą do mnie moje nagrody. ;)


A oto stosik lipcowy:

Od góry: 

Dariusz Rekosz - Siostrzyczka. - Otrzymana do recenzji od Wydawnictwa FunkyBooks.

Jan Kłosowski - Wiersze. - Tomik otrzymany od portalu nakanapie.pl

Nicci French - Godziny Strachu. - Już się nie mogę doczekać, jak dorwę tę książeczkę.Uwielbiam twórczość tego duetu, więc kolejna ich książka do kolekcji jest dla mnie cudownym prezentem. Książkę otrzymałam od Księgarni NajlepszyPrezent.pl 

Danuta Noszczyńska - Pod dwiema kosami - Do recenzji od Wydawnictwa Sol

Kelly Keaton - Z ciemnością jej do twarzy - Otrzymana od Wydawnictwa Znak Emoticon.

Lena Najdecka - Rodzina Wenclów. Wspólnik. - Otrzymana do recenzji od Instytutu Wydawniczego Erica.

Keri Arthur- Całując grzech
Keri Artur - Wschodzący Księżyc - oby dwie pozycje otrzymane do recenzji od Instytutu Wydawniczego Erica

Bettina Belitz - Pożeracz Snów - Książka otrzymana do recenzji od Wydawnictwa Znak Emoticon



Wśród książek do recenzji znalazły się dwa wyzwania, z którymi z chęcią się zmierzę. 


John Ortberg - Ja którym chcę być - do recenzji od Wydawnictwa Esprit.

Agata Bromberek, Agata Wielgołaska - Turcja półprzewodnik obyczajowy - od Wydawnictwa Nowy Świat







Za wszystkie egzemplarze do recenzji serdecznie dziękuję. Przede wszystkim dziękuję wszystkim wydawnictwom i księgarniom za zaufanie i chęć współpracy.

Kolejna recenzja - Rodzina Wenclów. Wspólnik Leny Najdeckiej powinna się pojawić już pierwszego sierpnia. Książka jest już przeczytana, ale nie mam czasu, aby napisać teraz tekst recenzji.

Pozdrawiam wszystkich. I życzę słoneczka. !

27 lipca 2011

Całując grzech - Keri Arthur


Świat wilkołaków, wampirów oraz innych zmiennokształtnych zawładnął moimi zmysłami. Z chęcią poznawałam realia życia Riley i jej znajomych. Jednak tak jak pierwszą część serii Zew Nocy autorstwa Keri Arthur, pochłonęłam wręcz jednym tchem, to książka „Całując grzech” potrzebowała ode mnie nieco więcej czasu oraz cierpliwości. Sama nie wiem od czego to zależy, historia opisana w tej części jest równie ciekawa oraz trzymająca w napięciu, a jednak, nie porwała mnie tak bardzo jak jej poprzedniczka.

Riley Jenson nie może doznać spokoju, który odszedł już z jej życia codziennego. Ta część serii zaczyna się, gdy rudowłosa budzi się naga w nieznanym jej miejscu. Nie pamięta co się działo przez ostatnie osiem dni, a w dodatku obok niej leży zabity człowiek. Znajduje się w jakimś laboratorium i musi uciekać przed wcześniej jej nieznanymi istotami. Pomaga uciec także koniokształtnemu, Kade'owi, który na początku nie był z nią całkiem szczery. Jednak po czasie, dziewczyna zaczyna poznawać prawdziwe oblicze tego ogiera. Riley znowu grozi niebezpieczeństwo i musi stoczyć walkę na śmierć i życie.

W drugiej części serii, Riley nie odkrywa wszystkich tajemnic, a także nie poznaje wszystkich osób, które są winne badań genetycznych, do których sama bohaterka została zmuszona. Także czytelnik nie dostaje odpowiedzi na ważne moim zdaniem pytanie: Czy Riley będzie miała jakieś efekty uboczne przez wszczepiane jej przez dłuższy czas lekarstwa na płodność? Mam nadzieję, że już w następnej części serii Zew Nocy, ta zagadka zostanie wyjaśniona. Jednak mimo tego, Riley Jenson została poddana próbie. Ma krótką szansę na zajście w ciąże, której tak bardzo pragnęła. Ale jak mogłaby mieć dziecko, skoro nie odnalazła jeszcze swojego życiowego partnera? Czy podejmie się propozycji, jaką zaoferuje jej Misha? Po odpowiedzi na te pytania odsyłam do samej lektury.

Wilkołaki wierzą, że prawdziwa miłość nie zdarza się przez przypadek, tylko jest określona z góry, przez sam los. […] Na całej ziemi istnieje tylko jednak jedyna osoba, której przeznaczeniem jest zostanie naszym idealnym partnerem. Jedyna osoba, która sercem i duszą jest naszym lustrzanym odbiciem. I jeśli jej nie odnajdziemy, nasze serca i dusze cierpią. Wiele wilkołaków usuwa się wtedy w cień, wycofuje z życia, a są i takie, które umierają z tęsknoty.”

W „Całując grzech” można bliżej zapoznać się z postacią Quinna, którego w „Wschodzącym Księżycu” czytelnik nie poznał za dobrze. Jednak mój stosunek do tej postaci bardzo się zmienił. W poprzedniej części bardzo go polubiłam, wydawał mi się odpowiedzialnym mężczyzną, wiedzącym czego pragnie od życia – a bynajmniej świadomym tego, czego nie chce osiągnąć. O ile w tej części jego podejście do życia się nie zmieniło, o tyle czytelnik dostrzega w nim zaborczego mężczyznę, który chce mieć kobietę – wilkołaka tylko dla siebie. A to już mi się nie spodobało, zważywszy na fakt, jaka jest natura wilkołaków. Może to tylko moje negatywne odczucia, może podświadomie nie chciałam, aby Riley związała się z Quinnem, gdyż z nim nie osiągnie tego, czego bardzo chce od życia – nie będzie mogła mieć dziecka. Sama Rudowłosa momentami mnie irytowała. W pierwszej części wydawała mi się bardzo rozważną kobietą, która nie lubiła się słuchać innych, ale jednak nie podejmowała pochopnych decyzji. W „Całując grzech” Riley była dość samodzielna w podejmowaniu decyzji, zachowywała się, jakby wiedziała lepiej od osób, które znały się na swoim fachu. Może to dobrze, może i źle, ale nie podobało mi się jej zachowanie. Ale dzięki temu, jest bliżej, aby stać się strażnikiem w Departamencie Innych Ras. Sam fakt, ilu kochanków Riley posiadała w tej części sprawiał, że czułam się trochę zniesmaczona. Denerwowały mnie podboje bohaterki a także jej niezdecydowanie, w końcu nie wiedziałam, z kim ona chce być, oraz jaką zasadą życiową się kieruje. Natura wilkołaków sprawia, że mają duży popęd seksualny, ale jednak autorka mogłaby trochę ograniczyć ilość dziennych i nocnych stosunków głównej bohaterki.

„Całując grzech” nie wciągnęła mnie tak bardzo do swojego świata jak jej poprzedniczka. Nie znaczy to jednak, że mi się nie podobała. Styl pani Keri Arthur jest ciekawy i łatwy w odbiorze, przez co czytelnik przepływa przez kolejne zdania i strony tej powieści. Cała seria Zew Nocy wydaje się być bardzo interesująca i tak bardzo odmienna od innych powieści znajdujących się już na rynku książkowym. Z chęcią zapoznam się z kolejnymi tomami tej sagi. Książkę polecam. 


Za książkę dziękuję: 

23 lipca 2011

Wschodzący Księżyc - Keri Arthur


           Po przeczytaniu wielu przychylnych recenzji na temat tej książki, przyszedł czas również na kilka zdań ode mnie. Zanim jednak zacznę, muszę zwrócić uwagę na okładkę tejże lektury. Jestem wzrokowcem, więc takie szczegóły jak okładka mają dla mnie duże znaczenie. To właśnie ona w dużym stopniu przyciągała mnie do siebie. Stojąca po lewej stronie, na tle Księżyca, zakrywająca swoje piękne kształty kobieta, która kusi swoimi rudymi włosami [a mam pociąg do rudego koloru] i czerwonymi ustami oraz paznokciami sprawia, że po tej pozycji literackiej można spodziewać się wiele. I to wcale nie jest mylne wrażenie, gdyż książka Keri Arthur: „Wschodzący Księżyc”, która rozpoczyna serię Zew nocy, wprowadza czytelnika w dotąd nieznany mu świat, w którym niebezpieczeństwo czyha z niemal każdej strony, przez co czytelnik nie ma prawa się nudzić.

           Mimo tego, że świat wampirów i wilkołaków pojawia się w wielu książkach i jest już sceptycznie a nieraz bardzo negatywnie traktowany, autorka tej lektury postanowiła zaryzykować. Tworząc serię Zew nocy poszła o krok dalej. Ludzie, którzy są bardzo rzadkim zjawiskiem w tej historii, dobrze wiedzą o istnieniu wampirów czy wilkołaków. Ponadto, występuje tutaj pełna rzesza zmiennokształtnych wywodzących się z różnych gatunków zwierząt, dzięki czemu pisarka wykazała się ogromną pomysłowością. Mimo ogromnej chęci przeczytania „Wschodzącego Księżyca” obawiałam się, że będzie to kolejna historia bohaterskiej dziewczyny, która walczy o swoje przetrwanie i nie boi się żadnego zagrożenia na nią czekającego. Nic mylnego. Na szczęście pani Keri Arthur nie przygotowała dla swoich czytelników mdłej bohaterki, która tylko użala się nad swoim losem czy udaje dzielną dziewczynę. Od samego początku polubiłam Riley, bo tak właśnie nazywa się główna bohaterka, z której perspektywy, odbiorca może poznawać historię opisaną w tej powieści.

           Riley Jenson pracuje w Departamencie Innych Ras jako zwykły urzędnik, natomiast jej brat bliźniak jest w tej firmie strażnikiem. Próbowali przed wszystkimi ukryć fakt, że w jakikolwiek sposób są spokrewnieni, oraz że są mieszańcami, bowiem są zarówno wilkami oraz wampirami. Ich pokrewieństwa jednak nie da się ukryć, mimo wielu starań. Historia tej rudowłosej kobiety zaczyna się, kiedy przeczuwa, że jej brat jest w niebezpieczeństwie. Od razu dzwoni do swojego szefa, Jacka, jednak ten każe czekać na odzew ze strony Rhoan'a, gdyż ten młody wilkołak lubił spóźniać się ze swoim raportem. Jak można się spodziewać, brat głównej bohaterki nie daje znaku życia, a sama Riley próbuje rozpocząć śledztwo na własną rękę. Prosi o pomoc w odnalezieniu jakichkolwiek informacji, swoich dwóch partnerów, gdyż są to wpływowi osobnicy i mają dostęp do różnych źródeł. Dziwne dla młodej kobiety jest to, że w noc, kiedy przeczuwa, że jej brat jest w niebezpieczeństwie, czeka przed jej mieszkaniem nagi wampir. Podaje on się za przyjaciela Rhoan'a, ale czy w zaistniałej sytuacji, Riley może mu wierzyć na słowo? Quinn nie zostaje zaproszony do mieszkania głównej bohaterki, kilka nocy spędza na korytarzu kamienicy, w której mieszka rudowłosa wraz ze swoim bliźniakiem. Czytelnik dowiaduje się później, że zniknięcie Rhoana jest związane z badaniami nad mieszańcami. Jednak to Riley jest głównym celem, jaki mają na muszce jej wrogowie. 
 
          Kto jest przyjacielem Riley, a kogo z łatwością można nazwać jej wrogiem? Tego nie wie sama główna bohaterka. W ciągu chwili jej świat stanął na głowie i ciężko jest rozróżnić dobro od zła. Rudowłosa musi uważać z kim przebywa i gdzie się znajduje. „Wschodzący Księżyć”, to zaskakująca i trzymająca w napięciu powieść. Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałam się po tej książce tak wielu emocji i tak dobrego pomysłu na fabułę. Podczas zapoznawania się z tą lekturą nie można się nudzić, jest wiele zwrotów akcji oraz zaskakujących czytelnika wydarzeń. Wydawałoby się, że wszystkie tematy dotyczące wilkołaków i wampirów są już zajęte i przerobione na tysiące różnych sposobów, jednak muszę stwierdzić, że ta książka jest godnym uwagi kąskiem dla fanów tego gatunku. Bałam się, co mogę spotkać w tej powieści, jednak pozytywnie zostałam rozczarowana. Moje podejrzenia zostały całkowicie obalone, a sama zostałam zaciągnięta do ciekawego świata Riley i jej przyjaciół.

           „Wschodzący Księżyc”, to powieść przeznaczona dla dużych dziewczynek. Autorka nie szczędzi sobie pikantnych opisów i scen erotycznych. Nieraz wiele stron zostało poświęcony takim właśnie scenom intymnym, w których pisarka wykazała się pomysłowością a także dość lekkim w odbiorze słownictwem. Wilkołaki mocno reagują na bodźce i przez cały tydzień przed pełnią Księżyca muszą zaspokajać swoje żądze. Książka jest przesycona erotyzmem, ale w żaden sposób mi on nie przeszkadzał. Rozumiałam, że taka jest natura wilkołaków, które nie krępują się obnosić ze swoją nagością i intymnością. Zdaję sobie sprawę, że niektórym takie dodatki w tej powieści mogą przeszkadzać, ale na owe sceny można przymknąć oko bądź po prostu ominąć. Sam styl Keri Arthur jest niesamowity. Książkę przeczytałam w mgnieniu oka i nawet nie wiedziałam, kiedy historia chyli się ku końcowi. Dialogi nie są sztuczne, a rozmowy bohaterów nie są przesycone wymyślnym słownictwem. Czytelnik ma wrażenie, że postaci są jak najbardziej zwyczajne, mimo tego, że pracują w takiej a nie innej branży, albo po prostu są multimilionerami. Wykreowani przez autorkę bohaterowie są bardzo charakterystyczni i barwni. Największą moją uwagę przykuła jednak sama Riley, która tak samo jak jej brat bliźniak, jest posiadaczką ponętnych rudych włosów. Wydaje się ona być zdecydowaną kobietą, która wie dobrze czego chce od życia. Nie żałuje sobie niezobowiązujących romansów, bowiem szuka swojego życiowego partnera, z którym chciałaby mieć dzieci. U wilków, przeważającą cechą jest to, że pragną się rozmnażać, a także nie popadają w monogamię, chyba, że znajdą swoją przeznaczoną tak zwaną drugą połówkę.

           Keri Arthur w ciekawy i wciągający sposób zapoznała czytelnika z przygodami Riley Jenson. Na szczęście „Wschodzący Księżyc”, to pierwszy tom cyklu o tej rudowłosej kobiecie, do której bardzo się przyzwyczaiłam. Polubiłam jej postać oraz jej brata, także sam Quinn mnie zaintrygował. Z czystym sumieniem mogę polecić tę serię, gdyż naprawdę jest udanym dziełem, z którym warto się zapoznać. 


 Za książkę dziękuję: 

22 lipca 2011

Siostrzyczka - Dariusz Rekosz



Okrutna śmierć, sceny pełne akcji i trzymające w napięciu wydarzenia, to najważniejsze znaki szczególne dobrego kryminału. Lubię, kiedy strony książki szybko przewracają się przez moje palce, a zmysły szaleją, bo chcą wiedzieć, kto jest tym potworem bez serca. Uwielbiam być trzymana przez autora w niewiedzy, aby w pewnym momencie zostać zaskoczona tym, jaki miał pomysł na motyw zbrodni. W przypadku „Siostrzyczki” Dariusza Rekosza z cyklu Gdańskiej Kolekcji Kryminalnej, czytelnik spotyka się z bezwzględnym zabójcą, który nie ma litości dla żadnej swojej ofiary. Ta małogabarytowa książeczka całkowicie mnie wciągnęła do swojego świata, sprawiając, że nie mogłam odejść od niej nawet na krok.

                 Co może łączyć ze sobą znalezione przez przypadkowe osoby, trupy? Dlaczego wszystkie ofiary są nagie i nie posiadają oczu? Jaki motyw ma zabójca? Tę zagadkę próbuje rozwiązać Maciej Szwerman – nadkomisarz policji – wraz ze swoim wspólnikiem Jerzym Woźniakiem. Od czego zacząć, skoro sprawca nie pozostawił po sobie żadnego śladu? Mężczyźni na początku podejrzewają Marka Mitrę – pracownika basenu, w którym znaleziono pierwsze ciało. Ratownik, tuż po rozpoczęciu śledztwa znika bez śladu, sprzedając swój dom oraz działkę. Na nieszczęście dla funkcjonariuszy policji, w tym miejscu trop się urywa. Komisarze nie wiedzieli już komu można ufać. Przeczuwali, że w bliskim otoczeniu jest ktoś, kto odkrywa każdy ich ruch. Nie mogli nikomu obcemu wierzyć. Musieli polegać jedynie na sobie.

             Na samym początku nie lubiłam nadkomisarza Macieja Szwermana. Wydał mi się mężczyzną bez uczuć, obojętnym na ludzki los. Ale okazało się, że to tylko przykrywka. Podczas wykonywania takiego zawodu, należy być bezwzględnym i nie okazywać własnych uczuć. W trakcie śledztwa praktycznie zaprzyjaźnił się ze swoim pomocnikiem dzięki czemu łatwiej było im podejmować decyzje i razem działać. Nie małą przeszkodą dla nich było to, że właścicielka pływalni nie była chętna do współpracy, stawiała opory i była bardzo niemiła. Jednak w późniejszych perypetiach komisarza Szwermana, ta postać całkowicie odkupiła swoje winy i stała się bardzo pomocna, czego w ogóle się nie spodziewałam w tej lekturze. Wydawało mi się, że to postać, bez której nic nie zmieniłoby się w tej książce. A jednak, czytelnik często się myli, podczas czytania kryminałów takich jak ten, w którym może zdarzyć się wiele i zaskoczyć w najmniej spodziewanym momencie.

           Pan Dariusz Rekosz stworzył bardzo realny świat. Byłam w stanie uwierzyć, że to wszystko się wydarzyło w rzeczywistości. Dialogi, które prowadzili między sobą bohaterowie nie były w żaden sposób sztuczne czy naciągane. W ich konwersacjach pojawiały się wulgaryzmy, które wcale nie kuły w oczy i zniesmaczały. W ogóle nie przeszkadzały, gdyż podczas takiego śledztwa i wykonywanej pracy, trudno utrzymywać ładne i przystępne słownictwo. Autor powieści przez ten zabieg, dodał jeszcze więcej realności tej książce. Styl pisarza jest przyjemny i wciągający, przez co naprawdę zachęca do czytania tejże lektury Podczas zapoznawania się z tą pozycją literacką, wydawało mi się, że nie ma w niej niczego zbędnego. Każdy element układanki, który zaprezentował pan Dariusz Rekosz swojemu czytelnikowi, jest potrzebny do złapania zabójcy i szybkiego rozwiązania tej niesfornej układanki, w której dosłownie każdy mógł być podejrzany.

             „Siostrzyczka” jest książką godną polecenia. Podczas czytania tej lektury w żaden sposób nie marnuje się czasu i nie nudzi. Daje możliwości do pobudzenia swojej wyobraźni, aby odgadnąć motywy zabójstwa. Pan Dariusz Rekosz wykazał się pomysłem i niebanalnością w swoim tekście. Z chęcią zapoznam się z innymi dziełami tego autora, gdyż jego styl całkowicie przypadł mi do gustu. 

Za książkę dziękuję: 


19 lipca 2011

Modżiburki dwa - Mirosław Sośnicki

Bo Modżiburki mają to do siebie, że zawsze idą za głosem serca. A rozum jest po to, aby wcielić w życie to, co powstaje w sercu.”

           Kiedyś wydawało mi się, że miłość jest nienaturalna i wręcz śmieszna. Dziwnie patrzyłam na wszystkie zakochane pary, które gromadziły się wokół mnie i byłam mocno zszokowana, nieraz zażenowana ich zachowaniem. Te czasy już minęły. Teraz całkiem inaczej patrzę na sferę miłosną, co bardzo pomogło mi w przypadku tej powieści. Z twórczością pana Mirosława Sośnickiego spotkałam się za pomocą książki „Miłość, tylko miłość”, która wywołała we mnie pozytywne emocje. Z przyjemnością i wielką chęcią sięgnęłam po kolejną powieść tego autora i wcale nie zawiodłam się na jego oryginalnym patrzeniu na świat. „Modżiburki dwa” ukazały mi realia, w których głównymi aspektami życiowymi wcale nie są sława i pieniądze. Bohaterowie tej historii kierują się głosem serca, jednocześnie szerokim łukiem omijając wszystko, co egoistyczne i zbędne im do szczęścia.

           Tytułowe Modżinurki dwa poznały się przez przypadek. Modżiburek Malutki, pasjonatka przyrody, napisała maila do Modżiburka Większego w sprawie jego artykułu. Po tygodniu obfitego korespondowania ze sobą, postanowili się spotkać. Te dwie barwne postaci trafiła miłość od pierwszego wejrzenia. Żadna siła nie była i nie jest w stanie zakończyć ich cudownego miłosnego stanu. Wszystko, czego im jest potrzebne do szczęśliwej egzystencji, to oni sami. Te dwie postaci znalazły swoje przeznaczenie, w co szczerze uwierzyłam podczas poznawania tejże lektury. Cały świat ułożył się tak, aby te dwa Modżiburki się spotkały. Czekając na miłość, poznały one idealnych dla siebie partnerów życiowych. Dzięki tej książeczce można uwierzyć, że prawdziwe, odwzajemnione i bezinteresowne uczucie istnieje i można je odkryć w najmniej spodziewanym momencie.

... bo Modżiburki mają to do siebie, że najlepiej im wtedy, kiedy są razem.”

           Opowieść o Modżiburkach jest bardzo rozczulająca. Przez każdą kolejną stronę tej historii miałam uśmiech na twarzy. Wiele radości sprawiło mi poznawanie perypetii dwóch Modżiburków, które nie mogły normalnie funkcjonować bez siebie nawzajem. Czasami musiałam sama sobie przypominać, że jest to powieść o dwóch dorosłych osobach, które zachowują się dosłownie jak nastolatkowie. Odbiorcy podczas czytania nieraz doskwiera zazdrość, gdyż te dwie postaci tworzą idealny związek, o którym niejeden człowiek tylko marzy. Odnosiłam wrażenie, że Modżibutki są zamknięte w bańce, która nie ma prawa pęknąć. Otaczają siebie nawzajem ochroną i wielką troską, sprawiając, że świat w którym żyją, nie dopuszcza do siebie żadnych negatywnych wydarzeń oraz emocji. Nie liczy się dla nich przyszłość, ponieważ pełną piersią trwają i rozkoszują się czasem teraźniejszym.

           Styl jakim posługuje się pan Mirosław Sośnicki sprawia, że przez tę powieść dosłownie się przepływa. Każde kolejne zdanie jest miłe w odbiorze i pozbawione zbędnych zabiegów stylistycznych. Historia jest opisana w bardzo prosty sposób, przez co czytanie jest jeszcze bardziej przyjemne. Całe ukazane uczucie wydaje się być najbardziej naturalną rzeczą na świecie, dzięki czemu czytelnik pragnie jak najszybciej przebrnąć przez wszystkie strony owej książki. Ta historia jest jednym wielkim ciasteczkiem polanym lukrem, ale w ogóle nie wydawało mi się to śmieszne. Cieszyłam się, że te dwie postaci spotkało tak wielkie szczęście i trwają niezmiennie w swoim idealnym związku, który próbowali odizolować od całego zgiełku wielkiego miasta. Schowanie się w Górach Sowich, dla bohaterów tej historii, było jedną z lepszych życiowych decyzji. Dzięki temu Modżiburki miały poczucie intymności oraz tego, że są stworzeni tylko dla siebie. Obdarowywali siebie tak ogromną dawką uczuć, że nieraz żałowałam, że nie jestem jednym z tytułowych Modżiburków. Pragnęłam znaleźć się w tej powieści, aby poczuć smak tego idealnego świata, który wykreował swoim czytelnikom autor tej książki.

           Wierzę, że pan Sośnicki zaskoczy jeszcze niejednokrotnie swoich czytelników tak nowatorskimi i oryginalnymi rozwiązaniami w swoich książkach. Mam ogromną nadzieję, że wpadną mi w ręce inne dzieła tego autora, gdyż swoją twórczością bardzo przekonał mnie do siebie. Książka „Modżiburki dwa” pokazuje jak wielkie znaczenie ma siła przeznaczenia, a także opiekuńczość, oddanie oraz czułość jakimi obdarowywali siebie nawzajem tytułowe postaci. Te dwie zakochane do granic możliwości osoby w pełni akceptowały siebie nawzajem, sprawiały wrażenie szczęśliwych i pogodzonych z własnym losem. Już niczego więcej nie oczekują od życia – za wyjątkiem zwiększenia ilości Modżiburków istniejących na świecie.

Bo kochanie ma pierwszeństwo przed wszystkimi ważnymi i najważniejszymi sprawami.”


           Myślę, że do czytania książki Mirosława Sośnickiego „Modżiburki dwa” zabrałam się w odpowiednim momencie. Aktualnie rozumiem pojęcie miłości. Jednak wydaje mi się, że ci, którzy są nastawieni sceptycznie do uczuć, albo nie lubią ich wylewu, nie odbiorą tej powieści tak entuzjastycznie jak ja. Zdaję sobie sprawę z tego, że ta powieść nie jest dla każdego. Jednak polecam ją gorąco, bo warto znaleźć się w cudownym świecie dwóch Modżiburków.


Egzemplarz książki otrzymałam od Wydawnictwa MTM, za co bardzo dziękuję.  


18 lipca 2011

Miłość, tylko miłość - Mirosław Sośnicki

           Czym tak naprawdę jest przeznaczenie? Jakie są jego oblicza? Dlaczego los z nami ciągle igra? Czemu nie mamy władzy nad własnym życiem? Na pewno wiele osób zadaje sobie te pytania. Fortuna lubi naśmiewać się ze zwykłych śmiertelników i wtedy, kiedy się tego zupełnie nie spodziewają, dawać najpiękniejsze prezenty. Mirosław Sośnicki w swojej książce „Miłość, tylko miłość” zaprezentował historię, dzięki której odbiorca może uwierzyć w siłę przeznaczenia. 
 
           Joanna, główna bohaterka, doskonale wie jak pachnie śmierć. Ma zapach rumianku. To właśnie czuła, kiedy w Nowy Rok w łóżku obok umierała starsza kobieta. Główna bohaterka w sylwestra miała zawał i trafiła do szpitala. Po tym zdarzeniu, jej życie już nie wróciło do wcześniejszego biegu. Miała opiekuna - swojego tatę, liczną ochronę, oraz przyjaciół i rodzinę, którzy wspierali ją w tych trudnych oraz przyjemnych chwilach. Po powrocie ze szpitala, Joanna miała problemy ze swoim byłym narzeczonym, Andrzejem. Mężczyzna nie był wobec kobiety szczery. Od dłuższego czasu obiecywał, że rozwiedzie się ze swoją żoną, jednak nic takiego nie następowało. Bohaterka tej powieści postanowiła zakończyć tę przygodę, jednak skutki tego czynu nie były z żadnej strony pozytywne. Andrzej, wpływowy biznesmen, postanowił wykupić akcje w firmie Joanny. Nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłaby ona od niego odejść. W taki właśnie sposób, chciał ją przy sobie zatrzymać. Jak można się domyślić, do niczego dobrego to nie doprowadziło.

           Joanna miała wizje tego, co się wydarzy w ciągu danego dnia. Mimo usilnych prób, nie umiała uciec od swojego przeznaczenia. Wiedziała, że będzie musiała spotkać się z Andrzejem, że mama wróci z Anglii, wiedziała, kiedy ordynator oddziału kardiochirurgii do niej zadzwoni, wiedziała także, że wejdzie do sali numer dziewiętnaście. Nie przypuszczała jednak, że właśnie tam pozna kogoś, kto odmieni jej życie. Jakub, chory na raka pacjent, sprawił, że główna bohaterka poznała smak prawdziwej miłości. Od pierwszej chwili przeczuwała, że są sobie przeznaczeni. Odwiedzała go w szpitalu, kupiła mu kwiatka, storczyka. Nie dopuszczała do siebie myśli, że cokolwiek lub ktokolwiek mógłby ich rozdzielić.

           Przez pierwsze strony powieści, nie byłam przekonana do tej historii. Jednak po krótkim czasie całkowicie mnie pochłonęła i czytałam ją z wypiekami na twarzy. Pragnęłam dowiedzieć się, co przytrafi się głównej bohaterce oraz czemu służą wizje, które miała Joanna po wyjściu ze szpitala. Przejmowałam się losem Jakuba i trzymałam kciuki za jego zdrowie. Akcja w książce biegnie bardzo szybko. Momentami nie wierzyłam, że rzeczy, które zostały opisane w tej powieści, mogły wydarzyć się w prawdziwym życiu. Niektóre zdarzenia wydawały mi się wręcz bajkowe, zbyt proste. Zdawało mi się, że normalny, zwykły człowiek nie jest w stanie przeżyć tego wszystkiego. Przez głowę przechodziły mi różne uzasadnienia swoich mieszanych odczuć. Jednym z nich było to, że być może autor chciał, aby odbiorca przeniósł się w baśniowy świat, w którym istnieją dobrzy i źli bohaterowie, gdzie dzieją się dobre i te złe rzeczy. Sama narracja zaskakiwała mnie w tej lekturze. Historia była opisywana z perspektywy Joanny, jednak chwilami pieczę nad powieścią przejmował storczyk, ten sam, który główna bohaterka podarowała Jakubowi. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim zabiegiem. Sprawił on, że ta książka wydała mi się jeszcze bardziej oryginalna i inna od pozostałych historii o wielkich uczuciach. 
 
           „Miłość, tylko miłość” to nie historia, którą czyta się łatwo. Mimo tego, że autor posługuje się bardzo ciekawym i łatwym w odbiorze stylem, to cała powieść nie jest wcale taka prosta, jaka mogłaby się wydawać na początku. Dzięki niej wiem, że nieraz warto słuchać się własnego serca zamiast rozumu. Zastanawiałam się jednak, ile osób w realnym świecie, zdecydowałoby się na takie poświęcenia i decyzje, jakich dokonywali bohaterowie w tejże książce. „Miłość, tylko miłość” to nie jest wcale banalna powieść o miłości. Jest to powieść o życiu, determinacji oraz o akceptacji losu. Człowiek, w imię miłości jest gotów zrobić wiele. Jest w stanie dojść daleko, dzięki wspierającym osobom. Joanna miała to szczęście, że otaczała ją z każdej strony miłość i przyjaźń. To nie tylko ona i Jakub okazywali sobie ogromne uczucie i dążenie do bycia razem. Powieść, którą pisarz prezentuje swoim czytelnikom, obejmuje miłość między rodzicem a dzieckiem, między rodzeństwem, między przyjaciółmi, a także ukazuje tę złą stronę miłości - zaborczą i destrukcyjną.

           Pan Mirosław Sośnicki, w „Miłość, tylko miłość” pokazał, że posiada ogromną wyobraźnię i potrafi zaskoczyć swojego odbiorcę niebanalnymi rozwiązaniami. Jego tekst czytało mi się z przyjemnością. Zachęcam wszystkich do sięgnięcia po tę lekturę aby móc przeżyć przygodę nie prostej miłości wraz z Joanną i Jakubem. 


Egzemplarz książki otrzymałam od Wydawnictwa MTM, za co bardzo dziękuję.  

15 lipca 2011

Wiersze - Jan Kłosowski

          Poezja. Ciężko się ją recenzuje, gdyż jest to indywidualność. Autor jak i czytelnik, odbierają dany tekst na różne sposoby. Patrząc na samą okładkę, niczego nie otrzymuję. Nie czuję żadnego przekazu od pisarza do czytelnika. Widzę jakiś obraz, którego nie potrafię odczytać. Otwieram tę tajemniczą książeczkę i od razu znajduję się w świecie, który jest prawdziwy. On nie jest zakłamany, nie jest żadną iluzją podarowaną czytelnikom. Jest rzeczywistością ubraną w ładne słowa.

          Jan Kłosowski swoim wierszom chciał podarować pewną odrębność, coś, co uczyni je wyjątkowymi zdobyczami. Czy udało mu się to? Nie wiem, dlatego że nie umiałam poczuć smaku wierszy zaprezentowanych mi przez tego poetę. Może to z moim czytelniczym gustem jest coś nie tak, albo styl tego poety niekoniecznie mi się spodobał. Jednak mogę przyznać jedno, wszystkie zaprezentowane wiersze są szczere i ukazują duszę autora, która wydała mi się dobra.

           W wierszach można zaobserwować różnego rodzaju pragnienia, a czasami nawet nutkę niespełnienia. Jednocześnie jednak, autor opisuje rzeczywistość i teraźniejszość. Nie wybiega w przyszłość, nie marzy. Jan Kłosowski jest obserwatorem, który opisuje to, co widzi. W utworze: „Czas radosnego iskrzenia” widać, że autor cieszy się z codzienności. Może każdy z nas powinien akceptować świat takim, jakim jest?

Nie zastanawiam się już nad tym czego oczekiwałem
to już nie ma dla mnie znaczenia
żyję tym co się dzieje
cieszę się tym że istnieje
taki jest czas radosnego iskrzenia
wiele lat na jego nadejście czekałem”

           Czego ludzie oczekują od życia? Na co czekają? Z czym walczą? Czego tak zawzięcie bronią? A może ludzie tylko biernie oczekują jakiegoś ruchu ze strony losu? Może godzą się na to, co jest im podane na tacy; godzą się na koleje własnego losu? Odpowiedzi na te pytania można otrzymać w wierszu „Niedostrzegalna walka”.

My z nimi nie walczymy
jakby to sensu nie miało
w tej naszej codzienności
w niej nie odczuwamy radości
dążenie wiatru nam ją zabrało
a my tylko się trudzimy”


           Tylko się trudzimy, aby poznać sens istnienia. Po co tak się zamęczać? Czy nie lepiej czekać na ruch ze strony losu?

Pragniemy nagłego zrzucenia
tylko sił nam brakuje
do marzeń ziszczenia
dlatego tylko czekamy
może nasz czas się marnuje
ale niczego nie przesądzamy”

          Na pewno człowiek nie jest w stanie uciec od codzienności. Można marzyć, wspominać to, co się już wydarzyło. Jednak tego co dzieje się teraz, nikt nie jest w stanie ominąć. Wszystko ma swoją kolej rzeczy i należy się z tym pogodzić. W tym przekonaniu utrzymuje swojego czytelnika Jan Kłosowski w wierszu „W skrzyni ze wspomnieniami”.

W jednej skrzyni
z pragnieniami naszymi
się czasami zamykamy
ale tak nie uciekniemy
od codzienności
od jej szarości”

           W wierszach tego początkującego poety odczułam monotematyczność. Często wydawało mi się, że niektóre utwory są do siebie podobne. W przynajmniej trzech wierszach pojawia się motyw snu... a raczej oderwanie od snu i powrót do rzeczywistości. Dlaczego wiele rzeczy powtarza się w przypadku tej poezji? Wiersze mają ciągle ten sam rytm, co może utrudniać odbieranie utworu tego autora przez czytelnika. Oczekuję po wierszach wędrówki wgłąb duszy poety, a także odkrywanie własnych pragnień. Jednak w tych wierszach tego nie zaznałam. Gubiłam się czytając kolejne utwory zawarte w tym tomiku. Wszystko wydawało mi się takie samo. Jedne wiersze zdawały mi się urwane w połowie, jakby niedokończone. Dlaczego autor w takim momencie skończył swój poemat? Chciał, aby czytelnik sam sobie dopowiedział resztę i utworzył satysfakcjonujące siebie zakończenie?

          Jest jeszcze jedna uwaga, którą muszę tutaj przytoczyć. Rymy. Może czasami warto oderwać się od rymowanych utworów i stworzyć coś czystego, wolnego od zbędnych zabiegów stylistycznych? Podczas analizowania tomiku tego autora miałam wrażenie, że niektóre wiersze były na siłę rymowane, przez co traciły swoją moc przyciągania i ciężej się je czytało.

         „Wiersze” Jana Kłosowskiego mają zarówno swoje wady jak i zalety. Jedno jest pewne: wśród wszystkich utworów zawartych w tym tomiku, każdy znajdzie coś odpowiedniego dla siebie, dla własnych zmysłów. Zachęcam wszystkich do wędrówki po rzeczywistym świecie, który został opisany pięknymi słowami. Myślę, że dzięki tej poezji, codzienność wyda się każdemu czytelnikowi bardziej kolorowa i pełna uczuć.

ROZMOWĘ Z JANEM KŁOSOWSKIM, AUTOREM TOMIKU WIERSZY MOŻNA PRZEŚLEDZIĆ NA PORTALU NAKANAPIE.PL <TUTAJ>. 

PRZECZYTANIE TEGO TOMIKU WIERSZY ZAWDZIĘCZAM PORTALOWI: 

10 lipca 2011

Wycieczka na tamten świat - Anna i Siergiej Litwinowie

Lubię powieści, w których dzieje się wiele. Gdzie występuje wielowątkowość, którą spokojnie można ogarnąć i zrozumieć każdy przekaz pisarza. Uwielbiam bohaterów, którzy są wyraziści i mają konkretny, ukierunkowany tok myślenia i postępowania. Nienawidzę, kiedy bohater się zadręcza swoim losem i tylko pojawiają się nieraz męczące dywagacje na temat tego, jak mu w życiu ciężko. Nie przepadam także za literaturą rosyjską, gdyż zazwyczaj ciężko mi się ją czyta. Nazwiska i nazwy przyprawiają mnie o dreszcze. Nigdy nie potrafię zapamiętać kto jest kim, wszyscy mi się mieszają. Sięgając po książkę Anny i Siergieja Litwinów „Wycieczka na tamten świat” miałam mieszane uczucia. Nie wiedziałam co mnie może spotkać podczas tej podróży. Nie wiedziałam czy podołam temu wyzwaniu. Miałam tylko nadzieję, że przeżyję ciekawą przygodę. Czy tak się stało? Sama nie wiem.

W tej powieści najważniejsza jest pogoń za trzema podejrzanymi o spowodowanie wybuchu w samolocie. Nie ma wielowątkowości, innych, dodatkowych historii, które mogłyby dać do myślenia czytelnikowi. Nie umiem określić, czy bohaterowie są wyraziści i ukierunkowani. Są wyjątkowi oraz nie do końca przewidywalni. Na szczęście w tej lekturze nie znalazłam żadnych momentów, kiedy którykolwiek bohater rozmyśla nad swoim marnym położeniem w danej sytuacji. A to sprawiało, że miło czytało mnie się tę książkę.

Autorzy najpierw przedstawiają swoim czytelnikom trzy postaci: Tanię, Igora oraz Dimę. Prezentują ich krótkie życiorysy. Na początku, pojawia się również list napisany sto sześćdziesiąt lat temu przez Iwana Bogołowskiego do swojej ukochanej. Jednak wtedy nie wiedziałam czemu on służy. Dowiedziałam się jakieś sto pięćdziesiąt stron później, dlaczego jest on taki ważny w tej historii. Tatiana Sadownikowa, to dwudziestopięcioletnia pewna siebie kobieta, która pracuje w agencji reklamowej. Jest świadoma swojego wdzięku, dzięki któremu potrafi zawrócić mężczyznom w głowie. Od dawna uprawia spadochroniarstwo. Wybrała się na urlop. Zaplanowała skoki spadochronowe na biegunie. Jednak do nich nie doszło, gdyż razem z wcześniej jej nieznajomym, Dimą, który był w jej grupie spadochroniarskiej, zostali zmuszeni lecieć następnym samolotem. Jak się później okazuje, był to bardzo nieszczęśliwy lot, gdyż ktoś przyczynił się do wybuchu w samolocie. Tania widząc, że jeden z pasażerów wyleciał z samolotu, zdecydowała się skoczyć za nim. A zaraz za nią, wyskoczył także Dima. Nieznajomym, za którym wyskoczyła Tania okazał się Igor Starych, utalentowany gracz karciany. Już od tego czasu, te trzy nieznajome wcześniej dla siebie osoby muszą wspólnie podejmować wszystkie decyzje i przede wszystkim ufać sobie.

Opis ich ucieczki nieraz wydawał mnie się nierealny, jednak to nie znaczy, że niemożliwy. Liderem ich grupy stał się Igor, który znał się na kamuflowaniu, a także wyprzedał o krok poczynania swoich prześladowców. Akcja raz trzyma w napięciu, innym razem się wlecze. Jednak przyjemnie czyta się „Wycieczkę na tamten świat”, gdyż autorzy zafundowali swoim odbiorcom wiele przygód przeżytych wraz z Tanią, Dimą i Igorem. Bardzo podobała mnie się historia tajemniczego czerwonego diamentu oraz to, co działo się z każdym jego posiadaczem. Myślę, że pisarze bardzo ciekawie wymyślili sobie ten motyw w książce. Niesamowite jest także to, co człowiek jest w stanie zrobić tylko po to, aby zdobyć pamiątkę rodzinną.

Anna i Siergiej Litwinowie, to rodzeństwo pisarzy, które zadebiutowało w 1999 roku. Wspólnie są autorami ponad czterdziestu powieści i czterech zbiorów opowiadań. W moim przypadku, z tymi pisarzami spotykam się po raz pierwszy. Jednak mogę już powiedzieć, że styl jakim się posługują jest bardzo przyjemny w odbiorze. Nie ma w nim zbędnych opisów, ani męczących dialogów. Jednak mimo tego nieraz książka wydawała się chaotyczna, gdyż pojawiają się w niej nieprzewidywalne zwroty akcji. Cała historia jest napisana urywkami. Raz autorzy piszą o tym, co robią trzej poszukiwani, a już za moment jest opowieść o innym bohaterze. Można się trochę pomieszać w tych wtrąceniach. Niekiedy mieszało mi się, kto aktualnie jest blisko złapania trzech podejrzanych. Milicja, służby specjalne a może mafia?

Czasami wydawało mi się nierealne to, w jaki sposób Tania mówi do Dimy, albo do innych swoich znajomych. Często używała zdrobnień, co nie pasowało mi do jej postaci, gdyż wydawała mi się ona na początku osobą z twardym, pewnym siebie charakterem. Jednak z biegiem czasu, autorzy zmienili mój pogląd na tę bohaterkę i zrobili z niej wręcz kruchą dziewczynę, co niekoniecznie przypadło mi do gustu. Mimo tego, że powieść podobała mnie się oraz przeczytałam ją jednym tchem, to nie przywiązałam się do postaci w niej występujących. Nie zrobiły one na mnie większego wrażenia, nie zszokowały swoimi pomysłami, czy sposobem bycia.

„Wycieczka na tamten świat” Anny i Siergieja Litwinów jest niesamowicie wciągającą historią, którą czyta się łatwo i przyjemnie. Jedyną przeszkodą jest mnóstwo nazwisk, które nieraz ciężko przyporządkować do dobrych postaci. Ale wydaje mnie się, że jest to tylko mój problem. Z chęcią przeczytam kontynuację tej powieści, gdyż ciekawi mnie to, co autorzy tym razem przedstawią swoim czytelnikom, a także w jakie tarapaty wpadnie rezolutna Tatiana Sadownikowa. Książkę polecam. 


RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Oficynka. 

06 lipca 2011

Łąka umarłych - Marcin Pilis

Są takie powieści, obok których nie da się przejść obojętnie. Wzbudzają one ogromne emocje w czytelniku i wprowadzają w stan zadumy, nostalgii i całkowitego oderwania się od rzeczywistości. Szczerze powiedziawszy, często uciekam od książek, które nawiązują do czasów wojennych. Wywołują one we mnie nieraz agresję, która w pewnej mierze może być uzasadniona. Jednak, jak długo można wspominać przeszłość i czasy, w których w ogóle nie było mnie na świecie? Nie łatwo czyta się także o czymś, co już było, ze świadomością, że nie da się tego naprawić. Także pojawia się niedowierzanie, a później odpieranie wszystkich informacji, które zostały pochłonięte wraz z daną historią. Mam przed sobą książkę Łąka umarłych, którą napisał Marcin Pilis. Właśnie ją przeczytałam, ale nie wiem co mam napisać, gdyż nic tak naprawdę nie wyrazi moich uczuć, jakie posiadam w stosunku do powieści, którą chcę dzisiaj zaprezentować. Może potrzebuję chwili czasu na przemyślenia i na refleksję nad tą lekturą?

Czytelnikowi zaprezentowane są trzy historie rozgrywające się w różnych okresach czasowych. Wielkie Lipy. Rok 1996, 1970 oraz 1942. Trzy opowieści, które łączy jedna wieś, skrywająca w sobie wiele tajemniczych incydentów z przeszłości. Także odbiorca dzięki temu może odkryć w sobie reakcje, na umieszczone w powieści wydarzenia. Jakie sekrety może chować w sobie mała, prawie już umierająca wieś? Mieszkańcy nie wyjeżdżają do innych miast, są tak jakby więźniami Wielkich Lip. Co spowodowało te wszystkie zakazy? „Łąka umarłych” już od pierwszych stron mnie zaintrygowała, chciałam poznać całą prawdę, dotyczącą bohaterów i mieszkańców tej wsi.

W 1996 roku, osiemdziesięcioletni Karl Strauch postanawia wrócić do polski, aby tam umrzeć. Wyrusza w podroż razem ze swoim synem, Heinzem. Podczas pobytu w Polsce, wspomina czasy, kiedy był oficerem Wehrmachtu i z zimną krwią zabijał niewinne osoby. Wrócił do Wielkich Lip, aby rozliczyć się z przeszłością i w spokoju opuścić ziemską egzystencję.

W 1970 roku, do Wielkich Lip przyjeżdża Andrzej Hołotyński. Nie jest powitany serdecznie, gdyż na samym początku zostaje pobity przez tajemniczą, śledzącą go postać. Młody student otrzymał w spadku po swoim ojcu obserwatorium i chciał go uporządkować, a przede wszystkim zobaczyć, gdyż było to jego marzeniem od dziecięcych lat. Mnisi zaopiekowali się chłopakiem, a Hanka, pełniąca funkcje pielęgniarki w Wielkich Lipach, opatrzyła jego rany. Jednak przeor Jan, oraz inni mieszkańcy wsi, nie są zadowoleni z wizyty obcego dla nich człowieka. Chcą, aby opuścił ich wioskę, zwłaszcza, że zbliża się ostatni dzień miesiąca, ważny czas dla całej ich społeczności.

Wydarzenia z 1942 roku są opisane w pamiętniku Jerzego Hołotyńskiego, nieżyjącego już ojca Andrzeja. Zeszyt z zapiskami młodego wówczas naukowca znalazła Hanna Pakuła w pokoju swojej matki. Opisana w nim historia odnosi się do czasu, kiedy do Wielkich Lip wkracza mała grupka esesmanów. Mają wywozić wszystkich Żydów. Mieszkancy próbują im pomóc, chowają przestraszonych Żydów w swoich mieszkaniach. Jednak, czy wszyscy są tak miłosierni dla nich? Dziewczyna poznaje z wszystkimi szczegółami historię, którą znała już wcześniej, jednak teraz, jest ona dokładniejsza i jeszcze bardziej wstrząsająca. Po skończonej lekturze, przekazuje dziennik Andrzejowi, aby ten zapoznał się z mroczną przeszłością wsi, do której tak bardzo chciał przyjeżdżać. Poznał także dzięki temu pamiętnikowi odpowiedź, dlaczego ojciec nigdy nie chciał go zabierać ze sobą do Wielkich Lip, tłumacząc się ogromem pracy.

Czy po upływie lat można zapomnieć o przeszłości? Rzeczy, które wydarzyły się w czasie wojny, są ciężkie dla każdego człowieka w naszym kraju. Stanowi to naszą historię, którą powinniśmy pielęgnować, aby trwała w każdym z nas. Jednak w Wielkich Lipach to, co wydarzyło się w 1942 roku odbiło piętno na całym społeczeństwie. Ta wieś zaczęła stopniowo umierać. Najmłodsi jej mieszkańcy mają po trzydzieści, czterdzieści lat. Razem z Andrzejem Hołotyńskim odkrywałam z ogromnym napięciem, mroczne tajemnice Wielkich Lip. Dowiedziałam się, że stojąc biernie i przyglądając się zbrodniczej śmierci, także jesteśmy zabójcami. Historia opisana w Łące umarłych wstrząsnęła mną. Nie brakuje w niej brutalnych opisów, a także szokujących decyzji ludzi.

Marcin Pilis wykreował bardzo barwne postaci. Na początku miałam mieszane uczucia do głównego bohatera, którym, przynajniej według mnie jest Andrzej Hołotyński. Wydawał mi się najpierw cichym człowiekiem, trochę uzależnionym od papierosów, który będzie udawał tylko odważnego w zaistniałych wydarzeniach w Wielkich Lipach. Jednak po pewnym czasie, zrozumiałam, że on naprawdę jest odważnym i godnym zaufania człowiekiem, który nie boi się nowych wyzwań. Tak samo nie mogłam się przekonać do postaci przeora Jana. Przyznam szczerze, że nie lubiłam go. Wydał mi się zarówno w rozmowach z Andrzejem, a także we wspomnieniach Jerzego Hołotyńskiego, człowiekiem szorstkim o ciężkim charakterze. Dziwiła mnie właśnie taka postawa mnicha. Zgodnie z moimi wyobrażeniami o ludziach duchownych, powinien być on natchniony, a także w pełni pomocny i oddany drugiemu człowiekowi. W pewnym sensie właśnie taki był. Jednak przekonałam się, że przeor musiał być twardy, aby nie zostać poskromionym przez władzę...a później, aby przekonać Andrzeja do wyjazdu. 

Z autorem Łąki umarłych, czytelnicy mogli się zapoznać dzięki tytułom takim jak: Relikwia oraz Opowieść nawiasowa. Jednak omawiana przeze mnie dzisiaj powieść jest moim pierwszym spotkaniem z tym pisarzem, mam nadzieję, że nie ostatnim. Marcin Pilis postawił mnie w przekonaniu, że jest perfekcjonistą. Każdy element swojej książki potrafił tak idealnie dopasować i przedstawić czytelnikowi. Każda z trzech części była niesamowicie wciągająca i zadziwiająca. Także styl, jakim posługuje się ten pisarz, jest bardzo ciekawy i dość łatwy w odbiorze. Trudności jednak miałam, podczas czytania dialogów prowadzonych między społecznością Wielkich Lip. Mówili oni bowiem gwarą. Podczas zapoznawania się z lekturą, dostrzegłam także, że autor nieraz zbyt dużo uwagi poświęca monologom bohaterów. Są one bardzo ważne w tej książce, gdyż dzięki nim poznajemy odczucia postaci i ich wspomnienia związane z mroczną przeszłością. Mimo tego, czasami te momenty się dłużyły, a także odnosiłam wrażenie, że bohaterowie się powtarzają, przez co akcja traciła na swoim dynamizmie.

Do plusów tej książki można dodać samą w sobie hipnotyzującą okładkę. Przemawia przez nią minimalizm słowa oraz zaczarowany świat, do którego zachęca potencjalnego odbiorcę. Dziewięć zapalonych świeczek stojących w rzędzie sprawiają, że obraz tej powieści staje się dość refleksyjny.

Całkowicie mnie urzekła i pochłonęła historia opisana w Łące umarłych. Marcin Pilis zaprasza czytelnika do miejsca, które opiera się na przeszłości. Teraźniejszość nie istnieje, a przyszłość nie jest dana mieszkańcom Wielkich Lip. Z tego miejsca dziękuję autorowi tej książki za tę podróż, gdyż otworzyła mi ona oczy na wiele ważnych aspektów w naszym ziemskim życiu. Oddanie, miłość i przyjaźń, to wartości, które powinny przemawiać przez każdego człowieka. Dzięki tej lekturze, na pewno będę o nich pamiętać. 



Za książkę dziękuję: 


03 lipca 2011

Treść Organizacyjna.

Witam Was ;)

Jak na razie nie ma na tym blogu żadnych postów z recenzjami. Ale to tylko kwestia czasu.
Planuję przeprowadzkę na ten blog już 1 sierpnia. Jestem ciekawa, czy sentyment do onetu pozwoli mi na to. A kilka miesięcy prowadzenia bloga na onecie zrobiło już swoje, przyzwyczaiłam się do tamtego wyglądu bloga, organizacji. A tak, to będę tutaj zaczynała od początku.

Mój aktualny blog z recenzjami: zeswiatafantazji

Pozdrawiam, Klaudyna.

01 lipca 2011

Rzeka szaleństwa - Marek P. Wiśniewski


Autor zaskakuje zwrotami akcji, sprawnie buduje suspensy, a przede wszystkim wprowadza w mroczne i tajemnicze zakamarki ludzkiej osobowości, zachowując przy tym niezbędny dystans. Główny wątek psychologiczny tworzy silne napięcie, na które czytelnik musi być przygotowany i odporny. Otrzymaliśmy niemal thriller we współczesnych, bardzo polskich realiach.” Piotr Dobrołęcki, Magazyn Literacki.

Czytanie niektórych pozycji literackich nie jest takie łatwe. Jedne lektury oczekują od potencjalnego czytelnika wiele zaangażowania oraz cierpliwości, ponieważ akcja w niej wcale nie jest wartka, ani bardzo wciągająca. Jednak takie zabiegi autorów, nie zawsze przyczyniają się na niekorzyść książki, wręcz przeciwnie, działają na plus, dodając jej wiele tajemniczości i intrygi wyjętej spod pióra pisarza. „Rzeka szaleństwa” Marka Wiśniewskiego jest bardzo specyficzną książką, do której szczerze powiedziawszy nie umiałam się przekonać. Początkowe strony czytałam z lekką obojętnością, jednak, kiedy było już za mną te kilkadziesiąt stronic, zaczęłam się bardziej interesować tym, co autor postanowił zaprezentować odbiorcom w swojej powieści.

Głównego bohatera, Michała Marlowskiego czytelnik poznaje, kiedy jest na rozmowie o pracę. Mariusz Kurtz zatrudnia go, stawiając jeden warunek - już jutro musi wypłynąć z portu, aby dostarczyć przesyłkę w wyznaczone przez niego miejsce. Zdziwiła go ta propozycja, gdyż spodziewał się całkiem innej oferty, jednak zgodził się, bo przecież:

Pięć tysięcy zrobiło swoje, pytań nie było. (…) Dwa tygodnie na wodzie, pięć kół do łapy.”

Michał Marlowski, jak się później dowiadujemy, wcześniej był nauczycielem historii, pracował również jako logistyk w nieznanej nam firmie. Autor zaprezentował tę postać, jako prostego człowieka uzależnionego od papierosów, o niezbyt wygórowanych wymogach, który szybko zadomowił się w barce. Towarzysze głównego bohatera kapitan Listkiewicz oraz bosman Hryciuk, to mężczyźni, którzy, jak można z ich postawy oraz opowiadań się domyślić, nie mało już przeżyli podczas swoich rejsów. Są to bohaterowie skrywający wiele tajemnic, które czytelnik ma ochotę poznać. Podczas ich wyprawy, dzieją się dziwne dla Michała Marlowskiego rzeczy, jednak dla jego kolegów z łodzi, zobaczenie topielca, czy nagłe zniknięcie kapitana i atak, były na porządku dziennym. Nie wiem czy to zaleta, a może i wada tej powieści, ale momentami część „Rzeka” przypominała mi powieść Ernesta Hemingway'a „Stary człowiek i morze”. Ta część lektury trochę mi się ciągnęła, ciężko było mi przez nią przebrnąć, gdyż akcja nie była wartka i nie zawsze zaskakująca. Jednak pisarz stworzył naprawdę realny świat i poprzez pierwszoosobową narrację szczerze wierzyłam, że główny bohater rzeczywiście przeżywa opisywany rejs po Warcie. Czasami traciłam pogląd na całą tę wyprawę. Wydawało mi się, że Michał Marlowski zaczyna szaleć na pokładzie statku, a to wszystko było spowodowane niektórymi retrospekcjami z jego życia.

Mam zwidy. Sny na jawie. Papierochy, kawa i nocne afery na każdym przystanku, zabierając sen, doprowadziły do tego, że zaczynam świrować.”

Michał Marlowski dostarcza przesyłkę w wyznaczone miejsce, do ośrodka psychoterapeutycznego, gdzie poznaje Elżbietę Krzywobłocką, a także niedostępną i podchodzącą do wszystkich z rezerwą, Joannę. Od tej chwili w powieści, nic już nie jest normalne oraz przewidywalne. W swoim debiucie, pisarz serwuje swojemu czytelnikowi historię pełną zaskoczenia i niedowierzania. Akcja w książce ciągle zmienia swój tor, przez co momentami nie nadążałam za psychologiczną układanką autora. Pan Marek Wiśniewski w swojej powieści „Rzeka szaleństwa” zabiera czytelnika do świata pełnego spisków i podstępów, gdzie nie wiadomo kto jest kim, komu warto ufać a komu już nie. Stworzył inteligentnego głównego bohatera, oraz niebanalną fabułę swojej powieści. Spodobał mi się styl tego pisarza. Wykreował naprawdę ciekawy świat, do którego warto wejść i zapoznać z panującymi regułami gry. Zaprezentował on postaci, które prezentowały różne nurty filozoficzne, jednak tym, który najbardziej przykuł moją uwagę był ten prezentowany przez kapitana Listkiewicza. Filozofia Heraklita głosząca panta rhei – wszystko płynie jest swoistą radą życiową wypowiadaną w dialogach prostego człowieka.

Ciekawe jednak było to, w jaki sposób zawód – tu prowadzenie barko po w praktyce nieuregulowanej rzece – wpływa na widzenie rzeczywistości i pośrednio samego siebie. Wszystko było płynne, zmienne i właściwie tymczasowe. Wszystko się działo.”

Samo zakończenie powieści sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno ono mnie satysfakcjonuje. Na pewno muszę przyznać jedno, tego się nie spodziewałam. Do przeczytania lektury autorstwa Marka Wiśniewskiego zachęcam każdego, kto lubi w książkach wiele zaskakujących momentów i dużo niewiadomych zarówno postaci jak i sytuacji z nimi związanych. Książka „Rzeka szaleństwa” jest warta uwagi i chwili zadumy nad treścią w niej zawartą.


Za książkę dziękuję:

Zobacz również:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...