31 maja 2011

Stosik majowy - numer pięć


Hm... pogoda jest bardzo ładna. Aż nie chce się siedzieć w domu. "Mordercy"Łukasza Śmigla czekają na doczytanie, a przede wszystkim na recenzję. 

A nawet nie myślę o tym, jakie książki jeszcze czekają na mnie ;) 

Mój stosik trochę urósł. A z racji tego, że w najbliższym czasie nie spodziewam się żadnej nowej książki, dzisiaj zamieszczam na blogu swój ostatni majowy stosik. Nie jest bardzo duży, ale jest mój. ;)



  
  


Od góry: 

Rudowłosa Jaye Wells - kupiona pod wpływem impulsu w księgarni miejskiej. Musiałam się odstresować po maturze ustnej z polskiego, która niestety nie wyszła za ciekawie. 

Rzeka Szaleństwa Marek P. Wiśniewski  - Otrzymana od Wydawnictwa Sol do recenzji. 

Łąka umarłych Marcin Pilis - Także od Wydawnictwa Sol do recenzji. 

Rozsypane wspomnienia Jolanta Kwiatkowska - Otrzymana od portalu nakanapie.pl do recenzji. 

Ostatnie fado Iwona Słabuszewska - Krauze - Wygrana na wortalu granice.pl. Była to dla mnie niespodzianka, ponieważ nie wiedziałam o wygranej. I nieźle musiałam się nagłówkować, aby się zorientować dlaczego ta książka znalazła się w moim posiadaniu. Ale doszłam do tego po dłuższych próbach. ;)



Piękna zakładka od nakanapy, która na pewno umili mi czytanie książki. Jest cudowna, prawda? 


  

Mały dodatek do książki: Ostatnie fado. Lubię takie małe niespodziewanki. Sprawiają mi wiele przyjemności. ;) 

Pozdrawiam i życzę miłego dnia! 

26 maja 2011

Osaczona - P.C. Cast + Kristin Cast


Pierwszy raz patrzę na czystą kartę w OpenOffice i nie wiem co mam napisać o książce. Jak zacząć? Mowa teraz o piątej części Sagi Dom Nocy: Osaczona autorstwa duetu Phyllis Christine Cast i Kristin Cast. 

Moja przygoda z tą serią zaczęła się, ponieważ zaciekawił mnie opis pierwszej części: „Naznaczona”. Szczerze powiedziawszy, już wtedy się zawiodłam na tej powieści, gdyż spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Jednak, jeśli zaczęłam, muszę i skończyć. Dlatego też, dzisiaj postanowiłam napisać o Osaczonej, która, tak jak wcześniej wspomniałam, jest już piątą częścią serii. 

W porównaniu do poprzednich części, Osaczona nie przykuła aż tak mojej uwagi. Wcześniejsze mimo wszystko czytałam jednym tchem, nie mogłam się od nich oderwać ani na moment. A ta część, trochę mnie nudziła, denerwowała, momentami chciałam nią rzucić w kąt. Ale nie mogłam tak postąpić z książką. 

Seria Dom Nocy napisana przez matkę i córkę, pokazuje, jak można źle wykorzystać dobry pomysł na książkę. Osobiście uważam, że główna myśl serii jest niesamowicie wciągająca, poruszająca, a nawet i nie jest aż taka banalna. Ale samo wykonanie daje wiele do myślenia. 

Zoey Redbir, miała niespełna siedemnaście lat, kiedy została naznaczona. Przez to musiała się przenieść do innej szkoły, Szkoły dla Wampirów. Stała się młodą adeptką i musiała nauczyć się nowego trybu życia. Jedyną osobą, która zaakceptowała jej przemianę, jest jej Czirokeska babcia. Matka i jej ojczym nie byli zadowoleni z naznaczenia córki, gdyż należeli do kościelnej grupy i kojarzyli jej naznaczenie z dziełem szatana. Ale, kto by tak nie pomyślał?

Osaczona zaczyna się w momencie, kiedy Zoey i jej przyjaciele znajdują się w tunelach, aby uchronić się w ten sposób przed Krukami Prześmiewcami, a także ich ojcem, przystojnym Kaloną. Neferet, najwyższa kapłanka w Domu Nocy odwróciła się od bogini Wampirów, Nyks, przeszła na złą stronę. Jednak uczniowie szkoły, wierzą swojej kapłance i bez jakichkolwiek obaw, zostają w Domu Nocy. Ale czy na pewno z własnej woli? Potężna moc Kalony hipnotyzuje ich, Potwór kontroluje ich w snach. A Zoey i jej przyjaciele chcą uratować szkołę przed ogarniającym ją mrokiem. Jak tego dokonają? - To pytanie ciągle mi towarzyszyło podczas czytania. 

Należy wspomnieć, że dzięki Neferet powstał nowy rodzaj wampira, czerwony. Ci „normalni”, posiadają znaki na czołach koloru niebieskiego. Jednak u tych nowych, znak jest czerwony. Ci adepci, na szczęście w większości przeszli na dobrą stronę i postanowili pomóc w pokonaniu Kalony i jego synów. Kramisha, czerwona adeptka, posiada wizje, poprzez które tworzy wiersze. Dzięki nim, pisała o samym Kalonie, dzięki czemu Zoey wraz z przyjaciółmi przez jeden z wierszy mogli domyślić się jak pokonać tego Potwora. 

Dialogi prowadzone przez głównych nastoletnich bohaterów momentami sprawiały, że czułam się dużo starsza niż jestem. Zastanawiałam się, czy normalna, Polska - i nie tylko - młodzież, posługuje się takim słownictwem...Osobiście ja, jako nastolatka nie używam wyrażeń w stylu: ”ja pierdziu” czy „o w mordę jeża”. Chociaż to drugie jest jeszcze powszechnie znane i możliwe, że stosowane przez młodzież. 

Sama Zoey Redbird, adeptka Domu Nocy jak dla mnie jest wyidealizowana. Posiada moc pięciu żywiołów: wody, ducha, wiatru, ognia, ziemi. Według mnie, nie powinna zostać rzucona na aż tak głęboką wodę, gdyż jej przyjaciele, każdy z osobna, posiadają moc któregoś żywiołu. Chyba za dużo władzy jest w posiadaniu tych młodych ludzi. Czy tylko ja mam takie wrażenie? 

Przeczytawszy tę książkę czułam niedosyt. Miałam wrażenie, że autorki skupiły się nie na tym co trzeba. Samej akcji było stanowczo za mało. Zakończenie nie było aż takie zaskakujące i trzymające w napięciu. A jak dla mnie, cała część tego cyklu, skoncentrowana była w większości na sferze miłosnej. Zoey, jak w poprzednich tomach, ma problemy z chłopakami. Posiada swojego ludzkiego „partnera” - Heath'a, z którym była jeszcze jako człowiek, także ma wampirzego „małżonka”, Erika, którego poznała dopiero w Domu nocy. Jednak dwa problemy to za mało. Autorki wymyśliły dla Zoey jeszcze trzeciego chłopaka, któremu nie wierzą jej przyjaciele, gdyż sam służył samej Neferet. Reasumując: z książki zrobił się nudny melodramat i romans. Za mało było konkretów, a za dużo zwykłych wydarzeń i rozmów bohaterów. 

Książka nie jest taka zła jaka może się wydawać. Okładkę ma bardzo ładną, a dla takiego wzrokowca jak ja, jest to ważna cecha. Sam pomysł też nie jest zły, wciąga czytelnika, jednak tak jak już wcześniej wspominałam, wykonaniem nie mogły się pochwalić P.C. Cast i Kristin Cast. Polecam, ale nie osobom, które czytają „ambitniejszą” literaturę wampiryczną. 

19 maja 2011

Stosik majowy - numer cztery


Moje stosiki nie są takie owocne jak u niektórych na blogach. Ważne, że są moje i jestem z nich dumna. Każdą nową książkę przeżywam, oglądam pod sto razy z każdej strony, ostrożnie przewracam kolejne strony, aby czasem nie zrobić jej krzywdy. ;)
  

Idąc od dołu:

"Kamuflaż" Ewa Ostrowska -
należy już do przeczytanych książek. Recenzja znajduje się >>TU<<. Książkę otrzymałam do recenzji od Wydawnictwa Oficynka, za co serdecznie dziękuję.

"Mordercy" Łukasz Śmigiel. -  Zbiór opowiadań o morderstwach. Także otrzymałam od Wydawnictwa Oficynka.

"LIT-6" Risto Isomäki. - Egzemplarz od Wydawnictwa Kojro.

"Wirus Ebola w Helsinkach" Taavi Soininvaara - Także egzemplarz od Wydawnictwa Kojro. Do recenzji. Ukażą się także tutaj na blogu.

"PS. Kocham Cię" Cecelia Ahern - zakup w Tesco za 9,90. Uwielbiam takie okazje, zwłaszcza, że już długo zbierałam się do tej książki. Mam nadzieję, że przeczytam ją jak najszybciej.
Jeżeli chodzi o książkę Mordercy, to cała byłam w skowronkach jak tylko zobaczyłam ją w paczuszce od Wydawnictwa Oficynka. Sama okładka niesamowicie mnie intrygowała od dłuższego czasu. A tutaj... taka niespodzianka! ;) 

15 maja 2011

Kamuflaż - Ewa Ostrowska


Jeśli ktoś potrzebuje ogromnej dawki emocji, albo cierpi na bezsenność, mam dla niego idealną receptę. Wyciągam pióro i przyciskam stalówkę do bieli kartek, wypisując niebieskim atramentem trzy słowa: Kamuflaż Ewa Ostrowska.  

Jeżeli sądzisz, że Twoje miasteczko jest spokojne, znasz jego każdą tajemnicę, mylisz się. O tym można się przekonać czytając „Kamuflaż”. Nigdy nie można mieć pewności, że ten dobry człowiek na pewno nim jest. Bo to tylko pozory. Spokojne miasteczko może skrywać mroczne tajemnice, jego mieszkańcy mogą być seryjnymi zabójcami...

Nevada. Małe miasteczko, w którym znają się dobrze wszyscy mieszkańcy. Akcja powieści rozpoczyna się marcowego poranka, kiedy mały, sześcioletni syn Barkinsów, Patrick, bawi się w piaskownicy przed domem. Helen, dawna wicemiss stanu Iowa, maniakalna pedantka, wpadła w szał, kiedy pilnowany przez ojca chłopczyk odszedł od miejsca zabawy. Will, szanowany w mieście kardiochirurg próbował wmówić żonie, że syn bawi się z nimi w chowanego i na pewno za chwilę się znajdzie. Nie znalazł się. Helen straciła kontakt z rzeczywistością, cały czas zajmowała się sprzątaniem salonu, z którego najlepiej można było obserwować piaskownicę, w której bawił się Patrick przed porwaniem.
Pewnego ranka Helen wybiegła z domu i złapała w ramiona swojego małego syneczka. Nie chciała nikomu go oddać. Nie reagowała na tłumaczenia, że przytula do serca jedynie manekina z puklem włosów wyciętym z głowy chłopczyka.

Nagi, pozbawiony ubrania tułów był jednakowo różowawy. Różowe, odlane z masy plastycznej policzki, różowe, uśmiechające się w jednakowo zastygłym grymasie usta, martwe niebieskie oczy. Na złotym piasku rozsypane złote loczki.”

Kto popełnił tę straszną zbrodnię? Wiedzieli tylko, że ten człowiek dobrze „zna się na anatomii i z precyzją doskonałego chirurga potrafi posługiwać się narzędziami chirurgicznymi. (…) także doskonale orientuje się w kryminalistyce!”.

Zagadkę próbują rozszyfrować Stan Haig, szeryf miasteczka Nevada razem z Collin'em Peters'em oraz psycholog Jennifer Whitaker, którzy zostali przydzieleni do tej sprawy. Ich poszlaki ciągle prowadziły ich w inne punkty odniesienia. Ciągle plątali się w swoich dedukcjach. Stan Haig znał wszystkich mieszkańców Nevady, dlatego próbował każdego potencjalnego zbrodniarza usprawiedliwiać. Jedno jednak było pewne: potworem jest osoba wszystkim znana, powszechnie szanowana, a przede wszystkim lubiana. 

Kamuflaż, to poruszająca zmysły historia potwierdzająca fakt, iż niczego, a przede wszystkim nikogo nie powinno się być pewnym w życiu. Jest to powieść wzruszająca, szokująca, a także poruszająca. Czytając ją, nie da się siedzieć, albo leżeć spokojnie. Ją się przeżywa na własnej skórze, jakby się było obok bohaterów.
Książka napisana jest przyjaznym dla czytelnika stylem. Czyta się ją łatwo i bez większego wysiłku. Jednak niektóre dialogi jak dla mnie zostały przedstawione zbyt wulgarnie i chaotycznie. A może dzięki temu bardziej realnie odbiera się te powieść? Sami bohaterowie byli dość bezpośredni i wulgarni. I to czasami przeszkadzało mi osobiście. 

Sam szeryf Nevady, Stanley Haig momentami drażnił mnie swoją postacią. Był zbyt pewny siebie oraz tego, że na własną rękę odgadnie tę potworną zagadkę. Mówił nieraz sam do siebie i bardzo dużo rozmyślał na temat sprawy, co było czasami nudne. Dowiedział się, że nic w tym „spokojnym” miasteczku nigdy nie działo się z przypadku. Nawet nagła śmierć na sepsę sprzed kilku lat, jego żony Emily, albo zawał młodej Annette krótki czas przed jej planowanym ślubem. Mieszkańcy skrywali różne, niekoniecznie miłe i piękne wspomnienia. 

Przez tę książkę chodziłam cała pobudzona. Ciągle myślałam o całej sprawie, jaka została w niej opisana. Rozmyślałam, kto może być tym okrutnym zabójcą?! Ta ciągle plącząca się zagadka nie dawała mi spokoju. Nawet w nocy śniły mi się jakieś chore sceny z książki. Jedno jest pewne: na pewno szybko nie zapomnę o tym kryminale. 

Za książkę dziękuję:



13 maja 2011

Moja mała wolność - Danuta Hasiak


Szczerze powiedziawszy, nie jestem znawcą poezji, nie czytam jej z zamiłowaniem. Dlaczego? Wydaje mi się, że po prostu nie potrafię interpretować wierszy w ten sposób, w jaki autor by sobie tego życzył. Jednak mimo tych własnych uprzedzeń, biorę do ręki tę delikatną niczym płatek książeczkę o bardzo rozczulającym wyglądzie. Odchylam skrzydełko, a tam wpis od samego Adama Ziemianina:

Wiersze Danuty Hasiak niosą świeżość i bezpretensjonalność. Są jak bukiet kwiatów, w którym znajdziesz niezapominajki, subtelne konwalie, ale i osty, a nawet gałązkę tarniny, bo bukiet wtedy jest najciekawszy, gdy mieni się różnymi odcieniami.”

Nie znalazłam wśród wierszy pani Danuty Hasiak ani jednego wiersza, który nie byłby wierszem wolnym. Hm... może to tylko moje niedopatrzenie? Hm... żaden z wierszy nie jest podporządkowany jakimkolwiek regułom stylistycznym. Każdy z nich jest wolny, przez co bardzo lekko czyta się te wiersze i z łatwością interpretuje na swój własny, nienarzucany przez nikogo sposób.
Najbardziej ze wszystkich wierszy znajdujących się w tomiku, intrygował mnie ten o tytule: Moja mała wolność. Tak właśnie nazwała swój tomik sama pisarka, dlatego tak bardzo mnie on zaciekawił. Dlaczego nie znalazł się na miejscu pierwszym, tylko skrył się wśród innych i czekał na odkrycie przez czytelnika?
„Moja mała wolność”, to wiersz, który [według mnie] mówi o tym, że kiedy tylko człowiek chce, może znaleźć się w każdym miejscu na ziemi. To zależy już od samego człowieka. Nikt nie jest ograniczony przez nic, ani przez nikogo. Sami sobie tworzymy własne reguły.
„Credo” natomiast, to wiersz, który poraził mnie jednocześnie swoją delikatnością, a także ukrytą stanowczością.
nie budźcie mnie” - polecenie które brzmi bardzo twardo, oschle, można dostrzec tryb rozkazujący. Jednak, kiedy doczytuje się:

mam swój budzik 
który bije 
w rytm mego serca”

od razu następuje uczucie ulgi, jak i również ciepła powstałego w okolicy klatki piersiowej. Wiersz ten jest subtelny, a jednocześnie bardzo dosłowny.

jej miłość 
w rytm samby 
ulatywała z dymem 
nerwowo palonych papierosów”

„Uleciało z dymem”, to smutny wiersz, który opowiada o tym, jak namiętność szybko przemija. Uczucia są bardzo ulotne. Wczoraj kobieta była szczęśliwa, jej zmysły grały muzykę namiętności, a
dzisiaj 
siedziała sama 
najbliżej orkiestry”

Poszukiwała tego, co już było jedynie wspomnieniem.
Wiersz, który został dedykowany synowi Marcinowi jest bardzo prawdziwy. „Szczęśliwy lot” przybliża odbiorcy młodość, a przede wszystkim to, że osoba młoda kręci się wokół własnej osi, według własnych zasad. Młodość jest beztroska, nieodpowiedzialna, do czasu, kiedy ten młody człowiek:

„nie spadnie 
na ziemię”

Młoda osoba wcale nie myśli o innych, o konsekwencjach własnych czynów. Zatacza kręgi wokół narzuconego przez siebie pola manewru i nie zwraca uwagi na innych, na to, co czeka go dookoła. Nieraz przez to przelatują mu przez palce piękne chwile.

ma swoją stronę orła 
często zapominając o reszce”

Bardzo poruszył moją wyobraźnię wiersz o tytule: ”Mówiłaś coś do mnie córeczko”. Jest on bardzo smutny, zresztą jak większość wierszy pani Danuty Hasiak. Przedstawia on kobietę z dzieckiem, która myślami wędruje między sklepowymi półkami. Nie zwraca ona uwagi w ogóle na to, co mówi do niej mała córeczka. Dziewczynka została ukazana w lepszym świetle niż jej mamusia, która przez gorączkę świątecznych zakupów, nie zwracała uwagi na ludzi wokół niej.
Nie każdy wiersz znajdujący się w tym tomiku trafił do mnie. Niektóre mnie zaskakiwały, inne wzbudziły ogromne emocje, jeszcze inne przeczytałam bez większego zagłębiania się w nie. Po prostu nie trafiły do moich uczuć. To jednak nie znaczy, że tomik „Moja mała wolność” pani Danuty Hasiak nie jest warty uwagi. Wręcz przeciwnie. Każdy odbiorca zwraca uwagę na inne rzeczy, na rożne tematy poruszane w wierszach.
W tomiku znalazło się kilka wierszy o miłości. Jednak mimo tego, nie potrafię stwierdzić, czy te opisane historie są szczęśliwe. W każdym z nich odczułam jakąś tęsknotę za uczuciem, niespełnienie, a także samotność. Mimo tego, że na początku wszystko zapowiada się pięknie i idealnie, następuje zwrot akcji, pojawia się coś, co psuje całą dobrze zapowiadającą się miłość. To zjawisko można zaobserwować w przypadku wiersza: „Serce i buciki”. Najpierw:

w mojej bajce
to ty jak dobra wróżka
ubrałeś w marzenia 
biednego Kopciuszka”

A już później:

o północy
też uciekłam
zgubiłam 
serce i bucik”

Są takie rzeczy, które mimo biegu lat są odbierane przez ludzi ciągle w ten sam sposób. Mimo przemijającego czasu, wiersze i dzieła sztuki pozostają nienaruszone. Można o tym przeczytać w utworze: „Emily Dickinson”:

jednak na przekór wszystkim 
przetrwała w wierszach”

A także w wierszu: „Tancerka pana Degas”:

Panie Degas 
jakich farb pan użył 
że bukiecik niezapominajek 
który wypadł jej z dłoni 
prosto w moje 
jeszcze po stu latach 
tak mocno pachnie”

To tylko kilka z wierszy, które znalazły się w tomiku pani Danuty Hasiak. Nie jestem w stanie przytoczyć tutaj każdego z nich, bo te, które znalazły się w mojej recenzji, są tymi, które naprawdę zwróciły moją uwagę. I zostaną przeze mnie w szczególny sposób zapamiętane. Większość wierszy autorki, to jej osobiste odczucia, które szczerze powiedziawszy, nie zawsze są rozumiane przez czytelnika. Ale czy to jest ważne? Poeta tworzy dla siebie, nie dla masy.
Tomik Moja mała wolność Danuty Hasiak, to książeczka, którą warto mieć w swojej biblioteczce i powoli czytać, aby odkryć w sobie wiele emocji i delikatność, jaką niosą za sobą te wszystkie ulotne myśli.


Za książkę dziękuję:

11 maja 2011

Świadectwo prawdy - Jodi Picoult


Myślę, że po przeczytaniu Bez mojej zgody i W imię miłości Jodi Picoult, została narzucona tej autorce wysoka poprzeczka. Przynajmniej jeżeli chodzi o mnie. Spodziewam się zawsze po jej dziełach ogromnych emocji i zaskoczenia. Zamiast uczyć się na maturę ustną z języka angielskiego musiałam doczytać do końca tę niesamowitą historię. Ciągle o niej myślałam... nie dawała mi się uczyć.

Dziesiąty lipiec. Noc. Powiat East Paradise. Farma amiszów. Młoda dziewczyna, której imię nie jest na początku znane, zakrada się do obory, aby w zupełnej ciszy urodzić dziecko. Martwego noworodka znajduje Levi, młody amisz, który pracował u Arona przy udoju krów. Kto jest matką dziecka? Kto dokonał tak makabrycznego czynu?

Lizzie Munroe, policjantka, która przyjechała na miejsce zbrodni i przesłuchiwała amiszów, dowiedziała się, że żadna kobieta ze wspólnoty nie spodziewała się dziecka. Kiedy jednak córka Arona Fishera, osiemnastoletnia Katie weszła do obory, aby zobaczyć o co chodzi z zaistniałym zamieszaniem, Lizzie dostrzegła krew pod nogami dziewczyny. Katie siłą zmuszono do badań lekarskich, których wyniki potwierdziły podejrzenia policjantki, Katie Fisher była w ciąży i to ona jest matką martwego dziecka.

Wiara i kultura amiszów nie pozwala na udział w sprawach sądowych. Jednak biskup podjął decyzję, aby w tym przypadku trochę nagiąć reguły. Ellie Hathaway na początku nie chciała zajmować się obroną Katie, mimo tego, że prosiła ją o to jej ciotka Leda. Przyjechała do East Paradise, aby odpocząć, gdyż dopiero zerwała ze swoim narzeczonym. Jak można się spodziewać, w końcu Ellie się poddała i podjęła się tej sprawy. Jednak, aby Katie nie trafiła do więzienia, zaproponowała sędziemu, że na czas rozpoczęcia rozprawy, ona zamieszka w domu Fisherów, gdyż jest daleką krewną.

Ellie musiała przyjąć niektóre reguły amiszów. Tak jak oni, pracowała w polu, przygotowywała obiady razem z Sarą, matką Katie, jeździła z nimi na niedzielne nabożeństwa. W ten sposób dobrze poznała tę rodzinę.

Szczerze powiedziawszy, nie mogłam się przekonać do postaci Katie. Bardzo drażniła mnie jej osoba. To, że była taka spokojna i nie można było do niej dotrzeć w żaden sposób. Nie dała się przekonać, że urodziła dziecko, jakby wyparła to wspomnienie ze swojej pamięci. Dopiero stopniowo czytelnik dowiaduje się od Katie jak wszystko się potoczyło tej nocy, kiedy na świat przyszedł jej potomek. Z czasem jednak zaczęłam się do niej przyzwyczajać i przede wszystkim przekonywać.

Jodi Picoult bardzo dobrze przygotowała się do napisania tej książki. Przede wszystkim nie można jej narzucić, że nie była oryginalna. Bo temat, jaki sobie wybrała, wcale do banalnych nie należał. Dzięki tej historii czytelnik mógł poznać specyficzny sposób życia amiszów, ich kulturę i prawa.



...tak zwane bycie sobą w kulturze, gdzie cała reszta (…) ze wszystkich sił dąży do tego, aby być sobą, różni się przecież zasadniczo od tego samego bycia sobą realizowanego w kulturze, gdzie wszyscy usiłują być tacy sami.”



Także jeżeli chodzi o język specjalistyczny, Jodi Picoult, jak także i w innych jej powieściach, dysponowała dużą paletą terminologii specjalistycznej, którą czasami czytało mi się dość ciężko. Ale nie można tego zaliczyć do minusów tej powieści.

Także wątki miłosne, które pojawiły się w książce były przemyślane i wcale nie przyćmiewały głównej myśli całej powieści. Były jedynie małym dodatkiem, uzupełnieniem i czymś, o czym chciało się czytać. Wiemy, że na prawdziwą miłość nie jest za późno, a uczucie może przetrwać wiele lat i w ogóle nie przygasnąć.

Jestem ogromną fanką stylu pisarki. Jodi Picoult używa tak wielu porównań i metafor, że aż sama się dziwię, że takich określeń można użyć na przykład, kiedy opisywane jest jak światło latarki raziło twarz bohaterki. Jej książek się nie czyta... je się pochłania, pożera. Je się pragnie przeczytać, bo jak się zacznie, to wcale nie da się skończyć.

Samo zakończenie nie było dla mnie wielkim zaskoczeniem, gdyż sama sobie je wywróżyłam. To wcale nie świadczy o tym, że ta powieść jest przewidywalna. Bardziej chodzi o to, że ja przeczytałam już kilka dzieł Jodi Picoult i trochę poznałam jej styl, a także tok myślenia, więc rozpatrywałam tę książkę także pod kątem jej spojrzenia. Mimo tego, że zakończenie nie było dla mnie niespodzianką, to łza popłynęła po moim policzku. Wzruszył mnie także moment, kiedy Katie zeznawała przed sądem. Było to niesamowicie piękne.

Reasumując: Świadectwo prawdy, to opowieść, którą warto przeczytać. Niesie za sobą wiele mądrości życiowych. Powieść wzrusza ale momentami także i bawi. Nie jest to banalna historia, którą po prostu się czyta i po czasie się zapomina. Jest to powieść, która z pewnością zostaje już z człowiekiem przez dłuższy okres życia.

07 maja 2011

Ostatnia piosenka - Nicholas Sparks


Bardzo lubię twórczość pana Sparks'a, dlatego postanowiłam przeczytać „Ostatnią piosenkę” jako kolejną jego książkę. Najpierw miałam styczność z ekranizacją tej powieści, więc ogólne pojęcie na jej temat już posiadałam, co mogło mi zburzyć odbiór książki. Ale czy właśnie tak się stało?
Patrząc na okładkę, którą prezentuje ta lektura, nie bardzo zachęciła mnie ona do czytania. Nie jestem fanką filmowych okładek, gdyż książka i film, to dwie odrębne historie. Niestety, innego wydania nie znalazłam. Musiałam przeżyć widok uśmiechniętej Miley Cyrus.
Veronikę, główną bohaterkę, poznajemy, kiedy ta jest w drodze do swojego rodziciela, u którego wraz z bratem musi spędzić wakacje. Ich mama prowadzi samochód. Można dostrzec na tej początkowej scenie, że nastolatka jest buntowniczką, która nie ma dobrych relacji z własną matką. Jest skryta i naprawdę negatywnie nastawiona do otoczenia.
Rodzice rozwiedli się kilka lat wcześniej, co nastolatka przeżyła na swój własny sposób. Tak samo jak jej ojciec, dziewczyna gra na fortepianie... a raczej grała, gdyż od rozwodu rodziców, nie usiadła do instrumentu.
Po przyjeździe, zamiast przywitać się z rodzicem, wolała od razu pójść na spacer. W okolicy był jarmark, więc Ronnie tam poszła. Kupiła lemoniadę i stanęła blisko miejsca, gdzie rozgrywany był turniej siatkówki plażowej. Na jej nieszczęście jeden z zawodników intensywnie skupiony na meczu i lecącej w powietrzu piłce, rozlał na jej koszulkę słodki napój. Ich pierwsze spotkanie nie należało do zbyt udanych, ale jedno jest pewne, było oryginalne. Nieznajomy to nikt inny, jak tylko Will, chłopak, w którym Ronnie, po zbyt krótkim jak dla mnie czasie, się zakochuje... z wzajemnością oczywiście. To dla niej chłopak się zmienił i poczuł co to prawdziwe życie. Czyli, nic innego jak tylko stare, wszystkim dobrze znane romansidło, które bardzo łatwo przewidzieć.
Na tym jarmarku Ronnie poznaje Galadriel [Blaze], z którą od razu dobrze się dogaduje. Blaze zapoznaje Veronicę z jej chłopakiem Marcusem, który według bohaterki nie jest człowiekiem wartym uwagi. Właśnie on burzy dobrze zapowiadającą się przyjaźń dziewczyn, wmawiając Blaze, że Ronnie go podrywała, co oczywiście było jednym wielkim kłamstwem.
Ronnie nie ma dobrego kontaktu z ojcem. Ma do niego żal za to, że rodzice nie są już razem. Steve stara się być dla córki wyrozumiały i postawić się w jej sytuacji, ale nie jest to prostym zadaniem. Jednak po czasie, jak można się domyślić zaczynają tworzyć się między nimi pozytywne relacje.
Wszechwiedzący narrator opowiada historię z perspektywy kilku bohaterów [Ronnie, Will'a, Steve'a – ojca Ronnie, Marcus'a], więc z łatwością odbiorca może się wczuć w daną postać. Styl Nicholasa Sparks'a jest ciekawy. Powieść czyta się bardzo płynnie, nie odczuwając w ogóle uciekających przez czytelnicze palce kartek. Nie dopatrzyłam się w lekturze żadnych zbędnych opisów, czy dłużących się scen, za którymi osobiście nie przepadam. I chyba nie jestem oryginalna i osamotniona w tym wyznaniu.
Na szczęście powieść nie jest skierowana tylko w stronę nastoletniej miłości Ronnie i Will'a. Opowiada ona także o tym, jak człowiek reaguje w sytuacji, kiedy może stracić kogoś bliskiego oraz o tym, co czuje się już po stracie ważnej dla siebie osoby. Przedstawia również siłę przebaczenia i więzi międzyludzkiej. Pokazuje, że w każdej chwili można odbudować relacje i nadrobić stracony czas. Nigdy nie jest na to za późno.
Sama miłość w kontekście całej powieści nie jest taka zła, jaka mogła mi się wydawać na początku. Między Ronnie i Will'em utworzyły się bardzo zdrowe relacje. Tylko bardzo negatywnie podchodzę do faktu, że działo się to jednak zbyt szybko jak na moje skromne oko. Nastolatka wydawała mi się dość buntowniczą osobą, która zamyka się na wszelkiego rodzaju pozytywne emocje. Sama podczas obserwacji meczu siatkówki stwierdziła, że Will wcale nie jest w jej typie. A tutaj nastąpił taki zwrot akcji. Niespodzianka, a może wcale nie? Mimo tej małej przewidywalności, historia miłosna była nawet urocza i wciągająca. Myślę, że dla Ronnie chłopak był wielką podporą w czasie jej bardzo trudnej emocjonalnie sytuacji.
Jeżeli miałabym wskazać ulubioną postać z książki, wcale nie byłby to idealny o budowie Achillesa, Will. Nie byłby to także dobroduszny Steve, którego naprawdę polubiłam. Mój głos wskazuje, uzależnionego od batonów oraz wyłudzania od ludzi pieniędzy za pożądane informacje, Jonah. W całej swojej postaci był cudowny i bardzo, bardzo uroczy. Sama pożałowałam, że nie mam młodszego brata, z którym mogłabym się pokłócić, a także otrzymać tak wiele dojrzałych rad, prawie jak od najlepszej przyjaciółki. Budziły we mnie smutek jego żale nad swoim losem oraz strach, że straci kogoś bliskiego. Mimo tych ogromnych kryzysów, to bardzo pozytywna postać.
Moją jedną z ulubionych scen w książce wcale nie jest pierwszy pocałunek Ronnie i Will'a. Jest to scena, kiedy małe żółwiki, których para a zwłaszcza młoda buntownicza strzegła jak oka w głowie, wykluwają się ze swoich jajek. Nastolatka wydała mi się bardzo kruchą osobą, czego na pewno nie mogłabym się po niej spodziewać na początku książki.

Ronnie stała przy boku Willa, ściskając go za rękę, ogromnie szczęśliwa, że spędziła te wszystkie noce przy gnieździe i że odegrała jakąś rolę w cudzie narodzin nowego życia.”

Powieść wzrusza, bawi, zaskakuje. Jest ogromnie interesująca i warta uwagi. Gorąco ją polecam wszystkim wrażliwym osobom. Mnie doprowadziła do łez w paru momentach. „Ostatnia piosenka” jest bardzo emocjonalną historią. Sądzę, że Nicholas Sparks jest niesamowicie zdolnym pisarzem i zaskoczy czytelników jeszcze nie jedną swoją historią. 

_______
Miło sobie posłuchać pięknej piosenki z filmu "Ostatnia piosenka". Dla niektórych - warto przymknąć oko na wykonawczynię i rzucić w kąt negatywne emocje z nią związane. 


02 maja 2011

Stosik kwietniowo - majowy - numer trzy


Korzystając z chwili przerwy między czytaniem opracowań lektur, postanowiłam pokazać mój mały stosik. Dzisiaj, po długim oczekiwaniu przybyły do mnie dwie książki z portalu nakanapie.pl . 

Oto i on:

 

Patrząc od dołu: 


Mirosław Łukomski: "Stefan Wyszyński" - książka wygrana na serwisie nakanapie.pl za co serdecznie dziękuję. 


Danuta Hasiak: "Moja mała wolność" - zbiór wierszy, który dostałam od serwisu nakanapie.pl do recenzji. 


Tess Gerritsen: "Ciało" - prezent świąteczny. 


Richard Harvell: "Dzwony" - także prezent świąteczny. 

Do książek od kanapy otrzymałam przecudne zakładki, które na pewno umilą mi czytanie owych książek. ;)


 




A teraz powracam do nauki. ;)
Wracam po maturach - albo jak napiszę recenzje "Mojej małej wolności". ;)
Pozdrawiam. !

Zobacz również:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...